Historia jednego zdjęcia – BIELIK

W cyklu „Historia jednego zdjęcia” będę przybliżać okoliczności wykonania moich ulubionych ujęć. Na pierwszy ogień idzie bliskie spotkanie z bielikiem, które udało się utrwalić w Puszczy Noteckiej.

Podróż przebiegła dosyć sprawnie. Po czterech godzinach jazdy i krótkim poszukiwaniu tej właściwej leśnej drogi, w którą należy skręcić jestem na miejscu. To gościniec położony pośród puszczy, nad dużymi i „dzikimi” stawami rybnymi. Do najbliższej wsi jest stąd kilka kilometrów. Dostaję pokój, którego największą zaletą jest widok z dużego okna. Widok ten robi na mnie wrażenie. Patrzę na wielki staw porośnięty szuwarami, sąsiadujący z gęstym lasem. Takie OKNO – OBRAZEK. Aż ciężko się od niego oderwać. Żywe, jesienne kolory przyrody obsiadły już część drzew. Istne cudo.
Po szybkim zainstalowaniu się w pokoju robię pierwszy wywiad z Gospodarzem. Dzieli się ze mną kilkoma ciekawymi informacjami na temat okolicy. Najcenniejsza zdaje się być ta mówiąca o starej wieży obserwacyjnej pośród zarośniętych stawów. Dostaję nawet klucz, bo zabudowana, drewniana wieża jest zamykana. Nie zwlekając ruszam na popołudniowy spacer, aby przetrzeć szlak przed poranną wyprawą.

Od wieży dzieli mnie odległość piętnastu minut marszu. Droga prowadzi przez las. Z początku szeroka, dalej zwęża się coraz bardziej. „Pobocze” drogi gęstnieje coraz bardziej i w gęstym lesie nawet w dzień jest raczej mroczno. Przy ścieżce widać ślady buchtowania dzików. I to całkiem świeże. Zbliżając się do celu staram się iść jak najciszej. Leśna dróżka kończy się dojściem do kładki na groblę, na której wśród szuwarów ustawiona jest wieża. Gdy jestem na drewnianej kładce, z charakterystycznym „csii csii” mija mnie lecący tuż nad wodą zimorodek. Dochodzę do wieży. Słyszę dziwny chlupot. To małe rybki (ukleje) wyskakują rytmicznie nad powierzchnię wody. Niczym latające. Drabina, potem jeszcze schodki i jestem na górze. Otwieram drzwi. W środku chatka jest całkiem przytulna. Stara nieduża kanapa, stolik, taboret. Jest nawet półka. Można uchylić okna na trzy strony świata. Spokojnie można przenocować (konieczny jednak do tego jest śpiwór). Wychodzę na zewnątrz domku. Stojąc na najwyższym poziomie wieży zaczynam obserwować okolicę. Wieża stoi na początku grobli oddzielającej dwa dość duże i dzikie stawy rybne otoczone lasem. Widać, że od dawna nikt nie wykonuje tu żadnych prac związanych z utrzymaniem tych zbiorników. Wyglądają jak leśna jeziora. Na obu stawach widać stada krzyżówek i łysek. „Csii csii” – to znów przeleciał zimorodek. W kilku miejscach kręcą się też kormorany. „Chlup, chlup” – to dla odmiany latające ryby. Rozkoszuję się widokiem. Cisza i wrażenie dziczy sprawiają, że miejsce to wygląda naprawdę wyjątkowo. Do tego popołudniowe słońce ciepłą barwą oświetla okolicę. 

Bielik.

Nagle coś zaczyna się dziać na „lewym” stawie. Stada kaczek podrywają się z krzykiem do lotu. Z prawej strony dostrzegam postać dużego, skrzydlatego drapieżcy. Przykładam lornetkę do oczu i widzę bielika. To dorosły ptak z jasno upierzoną głową i białym ogonem. Doleciał do „narożnika” lasu i wylądował na gałęzi wysokiej sosny. Wszystko trwało może 10 sekund. Idąc na rozpoznanie terenu nie zakładałem stroju maskującego, więc mam na sobie zielony polar, a na głowie wojskowy kapelusz. W zachodzącym słońcu moją twarz i dłonie widać pewnie z daleka. Kucam. Przez lornetkę widzę siedzącego dość daleko ptaka. Siedzi nieruchomo. Po kliku minutach trwania w bezruchu bielik zrywa się do lotu. Przybiera kurs na moją wieżę, ale jest jeszcze daleko. Pewnie zaraz zobaczy mają postać i gwałtownie skręci. Jednak nie. Dalej leci prosto na mnie! Dreszcz przechodzi mi po karku. Czy jest szansa, że nie zmieni kursu? Nie zmienia.

Jest coraz bliżej. Nadal leci wprost na mnie! Wyleciał ze strefy cienia i leci teraz pięknie oświetlony zachodzącym słońcem.

Jego duża sylwetka staje się coraz większa. Zaczynam pstrykać. Moje myśli krążą wokół ustawień aparatu. Gdy wielki ptak jest już całkiem blisko, lekko skręca mijając wieże o jakieś 15-20 metrów. Zrobiłem w sumie kilkanaście klatek. Bielik przelatuje nad drugi staw i zaczyna się oddalać. Zatacza dwa duże kręgi i odlatuje nad lasem.

Przez chwilę oddycham głębiej. Szybko przeglądam zdjęcia na niedużym wyświetlaczu. Wyglądają poprawnie. Schodzę z wieży, badam jeszcze groblę, która na całej długości jest szeroka na jakieś półtora metra. Jej brzegi są mocno zarośnięte. W kilku miejscach widać ślady obecności bobrów. Pełno naciętych drzewek. Niektóre niedokończone jeszcze stoją. U ich podnóża zalegają zgryzione wióry. Tego popołudnia już nic wyjątkowego się nie wydarzyło. Wróciłem do gościńca, zrzuciłem zdjęcia, nacieszyłem nimi oczy i poszedłem spać, bo pobudkę następnego dnia planowałem na 5:30. Tak powitała mnie Puszcza Notecka. Poprzeczka od razu powędrowała wysoko.

Już wkrótce pojawi się kolejny wpis poświęcony „Historii jednego zdjęcia”. 

Historia jednego zdjęcia - bielik
bielik uwieczniony podczas tego spotkania, Canon 350D + Canon 100-400mm L

Michał Stanecki  /  Wrzesień 2008

Tekst pochodzi z mojego archiwum. W 2008 roku nie miałem jeszcze dużego doświadczenia w fotografowaniu przyrody i tak bliskie spotkanie z bielikiem było dla mnie wtedy ważnym przeżyciem. Zdjęcia udało się wykonać poprawnie, więc dzisiaj jest co wspominać i są kadry, do których można wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × 2 =