Historia jednego zdjęcia – Pościg

Bociek kontra bielik.

To był początek października 2010 roku. Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie, bo obfitował w ciekawe obserwacje i był bardzo udany pod względem zdjęciowym.

bielik ścigający bociana

Jeszcze w nocy pojechałem na zdjęcia w Dolinę Bzury. Gdy wschodziło słońce fotografowałem już ssaki na rozległych łąkach doliny. Spotkanie z dzikiem, potem łania, sarny, łasica i wreszcie daniele. Zapamiętałem zwłaszcza dwa piękne byki, z których jeden był biały. Na spacerze z aparatem czas zleciał mi prawie do południa. Dzień był słoneczny i światło zrobiło się dość ostre. Postanowiłem zakończyć fotografowanie i podjechać kawałek dalej na stawy rybne. Jesienią na stawach zawsze dzieje się co ciekawego. Nieraz jakiś spuszczony staw ściaga na swoje świeże błota setki a nawet tysiące migrujących ptaków. To doskonała okazja do obserwacji ptaków. I wtedy tak właśnie było. Na jednym z kompleksów stawów hodowlanych dostrzegłem z daleka białe sylwetki ptaków na błocie zbiornika, z którego spuszczano wodę. To był niesamowity widok setek czapli białych, wśród których uwijały się kolejne setki mew. W tle, po drugiej stronie dużego stawu, siedziało ogromne stado gęsi. Niesamowity widok, którym byłem wręcz oczarowany. Świetne możliwości do obserwacji, ale też nie skorzystać z takiej okazji do fotografowania byłoby grzechem. Tego dnia nie miałem se sobą maty do leżenia na błocie. Pokusa była jednak za silna. Zdecydowałem, że spróbuję działać bez maty.

Wypatrzyłem w miarę suche miejsce na brzegu stawu i ostrożnie zszedłem z grobli pomiędzy trzciny. Przyczajony wyczołgałem się nad brzeg płytkiej wody. Ptaki żerujące najbliżej zerwały się i przeleciały kawałek dalej. Najważniejsze, że udało się nie wywołać ogólnej paniki. Ryzykując zamoczenie spodni i polara położyłem się na obsychającym błocie. Aparat oparłem na plecaku, który położyłem przed sobą. Od góry nakryłem się siatką maskującą. Pozostało tylko czekać. Po kilkunastu minutach czaple znów się do mnie zbliżyły. W asyście mew polowały na nieduże ryby w płytkich kałużach. Pomimo dość ostrego słońca nie mogłem się oprzeć i robiłem zdjęcia. Dużo zdjęć. Bardzo dużo zdjęć. Mijał czas, szyja bolała mnie coraz bardziej, a mokre kolana i łokcie nieprzyjemnie wychładzały ciało.

W pewnym momencie wśród masy białych ptaków mignęła mi sylwetka lądującego bociana.

Chwilę później widziałem czarno-białego ptaka, który przechadzał się wolno wśród czapli. Bocian w październiku, to widok dość nietypowy – pomyślałem sobie wtedy. Może to jedne z ptaków, które postanowiły przezimować w Polsce. I tak sobie myśląc wróciłem do fotografowania czapli, które co chwilę uderzały w taflę wody kilkanaście metrów przed mną. Z czasem słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Las za moimi plecami objął cieniem dużą część stawu, pogrążając moje aktorki w szaroburej strefie. Po kilku godzinach leżenia na brzuchu i zadzierania głowy mój kark wołał o litość. Postanowiłem zakończyć moją wyjątkową sesję.

Wolno wstałem i zacząłem zwijać siatkę. Ptaki zerwały się do lotu, ale tym razem nie tylko te, które były w moim sąsiedztwie. Poderwały się wszystkie czaple, a także duże stado gęsi, które wcześniej leniwie „pasło się” po przeciwnej stronie zbiornika. Zrozumiałem, że to nie ja jestem przyczyną tego popłochu. Gdy pomyślałem, że to pewnie nadlatuje jakiś drapieżnik, zobaczyłem scenę, która na zawsze zostanie mi w pamięci.

Kilkadziesiąt metrów przede mną leciał bocian biały, za którym podążał bielik. Wielki drapieżnik był raptem kilka metrów za boćkiem.

Podniosłem aparat do oka. Nie było czasu na korygowanie ustawień sprzętu. Złapałem ptaki w kadr i nacisnąłem spust migawki. Po kilku sekundach i kilku dość ciasnych skrętach bocian zmienił ostro tor lotu i drapieżca odpuścił pościg, poleciał dalej w stronę lasu. Bociek nie dał się złapać. To była typowa szybka akcja. Odetchnąłem głęboko. Kilkanaście sekund i było po wszystkim. Zerknąłem na wyświetlacz aparatu. Zarejestrowałem serię kilku ujęć, z czego pierwsze dwa były prześwietlone, kolejne dwa nieostre i wreszcie dwa, które wyglądały na całkiem udane. Gdy wracałem do domu zachodziło słońce. Czerwona tarcza zsuwała się za horyzont.

To był długi i bardzo udany dzień. Natura obficie wynagrodziła mi trud, który tego dnia poniosłem. Niewyspany, zmęczony długim spacerem, wreszcie mokry i głodny, doczekałem się wielkiego finału. Zrobiłem zdjęcie polującego bielika. Do tego polującego na dość nietypową ofiarę, bo przecież bielik chętniej łapie ryby, ewentualnie kaczki czy łyski. Może ten bocian był ranny, chory lub osłabiony i drapieżnik o tym wiedział? Ptaki udało się zarejestrować w chwili, gdy oba mają rozłożone skrzydła, co dość wiernie oddaje proporcję ich wielkości. Otwarty dziób bielika dodaje mu bardziej agresywnego wyglądu. Ponieważ w aparacie ustawiona była niższa czułość (na nieruchome czaple), obrazy zostałe naświetlone na trochę dłuższych czasach. Dodało to efekt dynamiki lotu, co widać po lekko rozmazanych końcówkach skrzydeł. W ten sposób powstało jedno z moich ulubionych zdjęć. Można powiedzieć, żę zarówno w samej obserwacji ptaków w akcji, jak i w ustawieniu parametrów aparatu dość dużą rolę odegrał przypadek. To prawda. Ale warto również dodać, że fotograf znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Bo tak to właśnie często jest z fotografowaniem przyrody. Warto być w terenie, a wtedy czasem uśmiecha się szczęście.

 

Zobacz także: