Pan Myśliwy

ej0a0594

– Panie, wypier**laj pan stąd! – Takie właśnie słowa usłyszałem od „Pana Myśliwego” w lesie …

Postanowiłem, że będę pisać. Od czasu do czasu podzielę się ze światem moimi przemyśleniami. Będę pisać o obcowaniu z przyrodą, czyli o tym, czemu poświęcam każdą wolną chwilę. I o fotografowaniu, które jest dopełnieniem moich przyrodniczych obserwacji. Nie sądziłem jednak, że mój pierwszy wpis poświęcę takiej tematyce …

Ale zacznijmy od początku.
W czwartkowe popołudnie postanowiłem odwiedzić miejsce, do którego każdego roku wracam jesienią, gdy w lesie i na łąkach nastaje czas jeleni. Chciałem rozeznać się w terenie, sprawdzić jak w lipcu wygląda ruch zwierząt na ich szlakach. A przy okazji na śródleśnej łące porobić trochę zdjęć motyli i pająków. We wspomniany czwartek wyjechałem z Łodzi w kierunku południowym. Po 30 minutach byłem na miejscu. Zaparkowałem samochód przy leśnym szlabanie i z plecakiem i lornetką ruszyłem do lasu. Szedłem leśną drogą, następnie wąską przecinką aż doszedłem do niedużego strumyka przecinającego w tym miejscu las. Tropy saren, jeleni i dzików były wszędzie.

W tym miejscu woda płynęła w ciemnym tunelu z drzew. Strumyk i jego błotniste brzegi były typową zwierzęcą łaźnią. Idąc wzdłuż strumyka doszedłem do sporej polany. To właśnie przez tę polanę przechodzi większość głównych zwierzęcych szlaków, a jesienią polana staje się jedną z kilku aren rykowiska. Teraz, w połowie lipca, była ona mocno zarośnięta wysoką trawą, ostami, szuwarami i całą masą innych roślin. Z dwóch stron polana graniczy z lasem, z trzeciej z niedużym mokradłem i wysokim trzcinowiskiem. Czwarty jej bok graniczy z cienką linią drzew, za którą rozciągają się koszone łąki i pola ciągnące się do wsi. Ta polana jest trudno dostępna i rzadko uczęszczana przez ludzi. Gęsto zarośnięta i do tego w wielu miejscach podmokła, stanowi spokojne miejsce, które wyjątkowo upodobały sobie zwierzęta.

Doszedłem do polany i zająłem miejsce obserwacyjne na granicy drzew. Rozejrzałem się po okolicy. Na granicy lasu uwijały się drobne ptaki, a w trzcinowisku odzywała się rokitniczka. W oddali, przez prześwity pomiędzy drzewami widać było trzy bociany żerujące na skoszonej łące. Spore stado szpaków przemieszczało się nad nimi tam i z powrotem w postaci ciemnej ruchliwej chmury.
Na polanie pojawiła się sarna – kozioł. Wolno przemieszczał się w wysokiej trawie, ledwie widoczny w zagłębieniu rzeczki, która wypływając z lasu łukiem przecina polanę. W powietrzu pojawił się myszołów, a gdzieś dalej odezwał się derkacz. Po przeciwnej stronie polany pojawiła się łania z młodym. Zachowując ogromną czujność szybkim krokiem przeprowadziła młode na przeciwną stronę i zwierzęta zniknęły w lesie. Po kilku minutach przeglądania terenu, w oczekiwaniu na pojawienie się kolejnych zwierząt, postanowiłem sfotografować kilka owadów. Samych tylko motyli i pająków było wokół mnie naprawdę mnóstwo. Wydobyłem aparat, dokręciłem obiektyw i … kątem oka w zupełnie bliskiej odległości zarejestrowałem ruch. Odwróciłem się zbyt nerwowo, lekko przestraszony. Kilka metrów za mną wychodził z lasu facet w kapeluszu. Ubrany na zielono. Przez ramie przewieszony miał karabin.

Nasza „rozmowa”, która się wywiązała wyglądał mniej więcej tak:
– Co pan tu robi i kto panu tu pozwolił wejść? – usłyszałem.
– Jak widać robię zdjęcia, a wszedłem, bo nie wiedziałem płotu i zamkniętej furtki – odpowiedziałem.
– Tutaj jest teren łowiecki i nie można tu wchodzić. Proszę stąd natychmiast wyjść.
– Jak to, to już nie można sobie chodzić po lesie? Przecież nie jest to teren prywatny ani rezerwat.
– My tu polujemy. Ja jestem opiekunem tego terenu a pan musi mieć zgodę od leśniczego. Wtedy będzie mógł pan tu wchodzić. A teraz musi pan stąd wyjść!
– Ale wyjść skąd? – pytam. Gdzie jest ten „pana” teren, gdzie jest jego granica?
Facet przebiera z nogi na nogę. Przekłada karabin z jednego ramienia na drugie.
– Potrzebuje zezwolenie od leśniczego żeby wejść do lasu w biały dzień? Nie ma jeszcze sezonu polowań na jelenie, więc na co tu polujecie?
– Nie będę z panem dyskutować, proszę się stąd wynosić i to już! My tu polujemy! Ktoś pana postrzeli i co się wtedy stanie?
– Nie wiem, pewnie wkroczy prokurator…
Facyt znów przekłada karabin. Wyrzuca mnie z lasu i to nie bawiąc się w zachowanie jakiejś przyzwoitej formy i nie próbując nawet jakoś inaczej argumentować swojego postępowania.
– Tu jest ostoja zwierzyny – wypala nagle. Proszę stąd wyjść!
– Czemu pan tak gmera przy tym karabinie? Chce mnie pan zastrzelić? – pytam spokojnie.
– Co pan pier**oli! Nic tu nie gmeram!
– Dlaczego nigdzie nie ma tabliczek, że ostoja? – pytam. Nie raz takie w lasach widuję. Najczęściej odnoszą się do obszarów chroniących gniazda rzadkich ptaków (drapieżników, czy choćby bocianów czarnych).
– Nie ma żadnych tabliczek, ale jest ostoja i musi pan wyjść! Tu jest ostoja i zwierzyna musi mieć tu spokój.
– Cholera, przed chwilą mówił pan kilka razy, że właśnie tu polujecie. To chyba zwierzyna nie ma spokoju…
Facetem zaczyna trząść.
– Panie, wypier**laj pan stąd! Tam przy szlabanie to pana samochód? Lepiej niech pan sobie uważa, bo …
– Bo co? Bo zniszczy mi pan samochód? Pan wie, że to brzmi jak groźba? Takie rzeczy są karalne.
Facet coś burczy pod nosem…

Wiem, ze próbując rozmawiać dalej nic nie osiągnę. Człowiek ten jest chyba gotowy przejść do rękoczynów. Zbieram swój sprzęt i ruszam w drogę powrotną do auta.
– Nie musi się Pan tak denerwować. Odjadę stąd, bo przecież nie będę się z panem szarpał. Ale tak nie można. Jak wiem, że stoi za panem mocne środowisko myśliwych a do tego zapewne czuje pan wsparcie samego pana Ministra. No i ma pan karabin. Ale nie tedy droga. Nie możecie zawłaszczyć sobie lasu. Grzybiarzy też pan wygoni? I tych ludzi, którzy kawałek dalej zbierają jagody też? Bo WY tu polujcie? Tak po prostu? W biały dzień?
– Panie, co pan pier**oli, Pan się chyba nie zna na gospodarce łowieckiej! Pan wie ile dużych zwierząt może być na kilometr kwadratowy lasu?
– A to pan tak z troski o zwierzynę działa? Już wiem. Pan ratuje sytuację. Segregując i eliminując jelenie, robi Pan za wilka. Wilków nie ma, ktoś to musi regulować. Zamknąć las i wystrzelać. Nie chcę się panem wdawać w dyskusję o założeniach i istocie myślistwa, ale powiem panu, ze pana zachowanie i podejście do tematu pokazuje z jak poważnym problemem mamy do czynienia.

Przepraszam za uogólnienie, nie powinno się tego robić, ale mam nieodparte wrażenie że właśnie ten facet jest klasycznym reprezentantem środowiska myśliwych. Takich facetów spotykam najczęściej. Zbrojnych, którzy czują się panami lasów i łąk. Czy to karabin przewieszony przez plecy daje im taką ciemną moc? Martwi mnie to również w kontekście zmian, które zachodzą obecnie w naszym kraju we władzach odpowiedzialnych za przyrodę i środowisko. Z ludźmi o takiej mentalności trudno jest rozmawiać. Oni mają swoją i jedyną rację. I nie ma miejsca na inne opinie i inne podejście do tematu. I na miejsce dla innych w lesie…
A tego Pana łowczego znam. On minie nie pamięta, ale ja jego doskonale. Dwa lata wcześniej, kiedy chciałem nagrać odgłosy ryczących jeleni (nie było wtedy polowania) równie „kulturalnie” wyprosił mnie z lasu. Skoczyło się wtedy na groźbach, że jak się nie wyniosę, to on zadzwoni po kolegów…
Jadąc do tego lasu kolejny raz miałem nadzieję, że może coś się zmieniło. Że może my razem faceta nie spotkam, bo jest lato i nie zaczęli jeszcze polowań. A nawet jak go spotkam, to tym razem jakoś się dogadamy, bo przecież nie strzelają chyba 24 godziny na dobę. I znów będę mógł się zbliżyć do tego niesamowitego spektaklu natury jakim jest rykowisko jeleni. Ale po czwartkowym spotkaniu wiem, że nie raczej nie będzie mi dane. Bo znam również Pana Leśniczego. Po pierwszym spotkaniu z Łowczym zadzwoniłem do niego się poskarżyć. Na dzień dobry usłyszałem, że Pan Leśniczy zna poczynania takich fotografów przyrody, co to jeden nagania zwierzynę, żeby drugi miał dobre zdjęcia…
Nie wiem, czy dam radę przebić się przez ścianę chamstwa łowczego i zmierzyć z dyktaturą zielonych ludków w tym pana leśniczego, który zna przecież tych fotografów przyrody …

Minąłem duże terenowe auto pana myśliwego zaparkowane w środku lasu. Doszedłem do szlabanu, spakowałem się i odjechałem. I nie wiem, czy jeszcze kiedyś tam pojadę. Bo nie chcę kolejny raz przeżywać rozczarowania. I stanu bezsilności. Bo co mogę? Szarpać się z facetem? Za każdym razem wzywać policję? Nie po to wstaje się w środku nocy i jedzie w plener z aparatem, żeby walczyć z myśliwymi. A niestety w naszym kraju ci myśliwi mają się świetnie. To ogromne i wpływowe środowisko. Wystarczy zerknąć na półkę z prasą w księgarni. Dwa tytuły dla przyrodników i chyba z dziesięć dla myśliwych (nie licząc kolejnych kilku dla wędkarzy). Do tego dochodzi polityka i ustawodawstwo. W kręgach osób, które decydują o zmianach dotyczących przyrody jest cała masa myśliwych. I kółko się zamyka. A obecna władza nie daje żadnych nadziei na zmianę tej sytuacji. Władza, która nawet nazwę ministerstwa zmieniła z „ochrony środowiska” – na „środowiska”, co już okazało się faktem dosyć wymownym. Skoro już teraz jestem wyrzucany z lasu, to co będzie się działo, gdy zmienione zostanie prawo łowieckie? Prawo do polowań będzie nadrzędne nad prawem publicznego dostępu do lasów, a „kultywowanie tradycji łowieckich” będzie ważniejsze od ochrony gatunków. Nadal będzie można organizować polowanie zbiorowe, podczas których płoszone i często również ranione są różne gatunki zwierząt (nie tylko te łowne). Myśliwi będą mogli strzelać 100m od naszych domów, a w łowach nadal będą mogły brać udział dzieci…
Niestety nadchodzą ciężkie czasy dla przyrody i przyrodników. Czy naprawdę musimy się poddać i wyjść z lasu?

Nadchodzi Rzeczpospolita Myśliwska…