Mama dawno, dawno temu wpoiła mi lęk przed pająkami (i owadami). Od dziecka w moim bezpośrednim otoczeniu każdą reakcją na „robaka” była odraza i strach. Bo brzydki, paskudny, duży, groźny, niebezpieczny. Bo ugryzie, bo ukąsi, użądli. I tak sobie dorastałem. Czułem lęk i strach, a każde bliższe spotkanie z pająkiem (bo problem najbardziej dotyczył pająków) kończyło się paniczną reakcją, zakończona realną „walką lub ucieczką”. Z takim niestety bagażem wkroczyłem w dorosłość. Nadal potrafiłem się spocić na sam widok kątnika, który zamieszkał w piwnicy. Zresztą sama wyprawa do piwnicy była prawdziwym horrorem. Duży krzyżak przy drzwiach balkonowych potrafił uwięzić mnie na balkonie na ładnych kilka minut. Sieci porozpinane pomiędzy drzewami potrafiły zamienić radosne grzybobranie w traumatyczne przeżycie. Świadomość pająka, który wszedł za szafę, przeszywała mnie poważnym niepokojem i nie pozwalała usnąć …
Dzisiaj jest inaczej. Pająki mnie fascynują. Obserwuję je z wielkim szacunkiem. Ostrożnie eksmituję, jeśli znajda się w nieodpowiednim miejscu (np. w aucie). Nawet dużego kątnika potrafię nakryć jakimś naczyniem i spokojnie wyekspediować w neutralne miejsce. W miarę spokojnie potrafię zdjąć z siebie pająka, którego niechcący zgarnę w lesie czy na łące. Regularnie obieram się również z sieci, w które niechcący wpakuję się w terenie. Dlaczego sytuacja tak mocno się zmieniła?
Czy pomogła mi psychoterapia? Czy musiałem korzystać z porad fachowców i oswajać się z problemem przy użyciu nowych technologii, takich jak wirtualne pająki? Nic takiego. „Uzdrowiła” mnie fotografia i Natura. Na przestrzeni lat zbliżałem się do rozmaitych pajęczaków i owadów ze sprzętem fotograficznym. Pchała mnie do tego ciekawość poznawania nowych gatunków życia. Długo czyniłem to z teleobiektywem, który pozwalał na zachowanie dystansu. Później poprzeczka poszła w górę, bo zaopatrzyłem się w szkło makro. Z czasem podszedłem całkiem blisko. Wraz z tymi działaniami powoli przełamywałem obawy, dodatkowo podsycając w sobie ciekawość tych stworzeń, które przecież przez lata tak skutecznie omijałem i wypierałem ze swojego świata.
Niektóre bliskie obserwacje podszyte są specyficznymi emocjami, wyzwalają nawet czasem „lekką adrenalinkę”. Tak jest np. w przypadku szerszeni. Wielkie osy spotykam systematycznie podczas letnich plenerów i spacerów. Przylatują też regularnie do mojej sadzawki, gdzie pozwalają się obserwować z bliska, zlatując spokojnie do tafli wody. Wraz z przełamaniem lęków szukam dla siebie nowych wyzwań. Takim jest np. wejście do starego budynku, np. opuszczonej szopy, w której rozglądam się za śladami sów, a przy okazji sprawdzam się w zetknięciu z ogromnymi (nieczynnymi i czynnymi) pajęczynami. To fantastyczne uczucie móc to robić, po zrzuceniu z siebie tak silnej blokady. No i wielka satysfakcja, że udało się samodzielnie przepracować poważny problem i odblokować głowę.
Efektem „wyleczenia” i zbliżenia do pająków jest niewielka kolekcja zdjęć, które powstały na przestrzeni ostatnich kilku lat. Zapraszam do oglądania.
