NOC JELENI.
Każdego roku staram się odwiedzić rykowisko jeleni w miejscu oddalonym od miasta o niespełna 30 minut jazdy. Gody jeleni są jednym z najwspanialszych spektakli, jaki jesienią oferuje nam Natura. Możliwość bycia w rejonie rykowiska pozwala „uczestniczyć” w nim niemalże wszystkimi zmysłami.

Tego dnia pojechałem wcześniej niż zwykle – ciemną nocą. Dojeżdżając na miejsce postanowiłem sprawdzić teren położony o kilka minut marszu od dobrze mi znanej, niedużej leśnej polany, na której najczęściej podglądam zwierzęta.
Zaparkowałem pod leśnym szlabanem. Szykując sprzęt (aparat, lornetkę, czapeczkę z niewielką siatką zasłaniającą twarz i cienkie rękawiczki ukrywające biel dłoni) usłyszałem pierwsze porykiwania byków. Dochodziły z kilku stron. Jako swój cel wybrałem rów ciągnący się na granicy lasu i pola. Potencjalnie było to najlepsze miejsce, z którego w ukryciu można było obserwować zwierzęta. Aby dotrzeć do rowu trzeba było przejść przez las, pokonując kilkaset metrów w niemalże całkowitych ciemnościach. Zachowując maksymalna koncentrację i ostrożność starałem się iść na tyle cicho, na ile było to możliwe. Każdy krok stawiałem powoli, unikając nastąpienia na gałęzie, które mogłyby narobić hałasu. Porykiwania byków stawały się bliższe i coraz głośniejsze. Nadal jednak niewiele widziałem. Zbliżając się do granicy lasu i pola szedłem jeszcze wolniej, co kilka kroków zatrzymując się i nasłuchując odgłosów lasu. W ciemnym lesie wyobraźnia intensywnie pracuje. Dźwięki i kształty potrafią przybierać kształty i wywołują kolejne przypływy adrenaliny.
Czekałem na pierwsze światło poranka. Długo przed wschodem słońca, za kolejnymi drzewami zaczęła się rozjaśniać pozioma linia prześwitu. Dominujące czernie zaczęły przechodzić w szarości. Po kolejnych pokonanych metrach i minutach, które rozjaśniły mój punkt widzenia, zacząłem dostrzegać sylwetki jeleni chodzących po polu. Szedłem na wschód, czyli pod (nadal słabe) światło. Widząc zwierzęta poruszające się bardzo blisko granicy lasu zrozumiałem, że nie mam szans dojść do rowu. Nie da się tego zrobić bez zburzenia ich spokoju. Nie było nawet sensu próbować. Ryzyko spłoszenia jeleni było zbyt duże. Zburzenie magicznego klimatu tych chwil nie było warte żadnego zdjęcia.
Łanie i młode były zaganiane przez wyraźnie pobudzone byki. Niewielkie stado było w ciągłym ruchu. Łanie przystawały na krótkie chwile i skubały polną zieleninę. Byki zatrzymywały się tylko by wyrzucić z siebie kolejne doniosłe ryki, po czym wracały do aktywnego kontrolowania swojej chmary. Drzewa i liście ograniczały mi widoczność. Po kolejnych kilku minutach na dalszym planie zaczęło się rozwidniać. Na polu i dalej położonej łące pokazała się mgła. Ciemne sylwetki zwierząt na jaśniejszym tle zaczęły nabierać kontrastu.
I wtedy to do mnie dotarło. Patrzyłem na sceny, które zaczęły się układać w gotowe obrazy. Aparat zamocowałem na statywie i zacząłem śledzić ruch zwierząt za drzewami (patrząc przez drzewa). Pnie i gałęzie tworzyły naturalne ramki, zamykając naturalnie monochromatyczne kadry.
Wyglądało to ciekawie. Zamiast kolejnych ujęć zbliżeń byków miałem coś innego. Spojrzenie z innej perspektywy. Zrobiłem kilka zdjęć, potem serię, gdy w kadrze miałem byka i łanie. On ryczał, one skubały. Dosłownie chwilę później jelenie zaczęły schodzić z pola. Wolnym krokiem opuszczały otwartą przestrzeń i wchodziły do gęstego młodnika. Gdy wschodzące słońce bajecznie podświetliło zamgloną łąkę, po jeleniach nie było już śladu.

Pomyślałem wtedy, że właśnie straciłem szansę na wyjątkową sesję. Po krótkim spacerze po lesie wróciłem do auta i pojechałem do pracy. Nadal było bardzo wcześnie.
Gdy wieczorem zacząłem przeglądać zrobione tego poranka zdjęcia, od razu zwróciłem uwagę na TO konkretne ujęcie. Wyróżniało się z kilkunastu innych kadrów. Nietypowa stylistyka i zamknięta w nim akcja czyniły je w mojej ocenie kompletnym obrazem rykowiska, jakie tego dnia widziałem na skraju pola pod lasem.
Ta terenowa przygoda i jej finał w postaci „Nocy Jeleni” pomogły mi zrozumieć, jak bardzo warto łamać utarte schematy postępowania. Nie warto kolejny raz próbować za wszelką cenę zbliżać się do zwierząt w ciężkim maskowaniu. Nie warto ryzykować niepokojenia ich i spłoszenia, gdy choćby najmniejszym szelestem zwrócimy na siebie ich uwagę. Nie trzeba wchodzić do „matecznika” będącego jednym z niewielu ostatnich miejsc, gdzie jeszcze mogą zaznać względnego spokoju. Gdzie z racji niedostępności terenu nie są niepokojone przez spacerowiczów, biegaczy i grzybiarzy.
To zdjęcie było dla mnie w pewnym sensie nagrodą za zmianę myślenia i podejścia do tego rodzaju fotografowania. Za zrobienie tego „kroku w tył” i zostawienia większej przestrzeni dla zwierząt. Natura wszystko zaplanowała i rozegrała po swojemu. Ja tylko znalazłem się w dobrym miejscu i czasie.


