Przez kilka dni wraz z grupą innych dziennikarzy i twórców internetowych miałem przyjemność przebywać we wsi Lubin, na wyspie Wolin. Wioska bezpośrednio sąsiaduje z rozległymi wodami Delty Świny i oferuje widok na inne wyspy tego niesamowitego, polskiego archipelagu. Trafiliśmy w środek rykowiska. Zwierzęta były aktywne, zarówno w wolińskich lasach, jak i na niezamieszkałych wyspach, które widać z klifów Lubina.
Oto krótka relacja z porannego wyjścia do lasu.
Lubin | Wyspa Wolin | Zachodniopomorskie | Koniec września 2023 r.
Z moim przewodnikiem spotykam się o 6 rano. Jest prawie zupełnie ciemno, na niebie zaczynają się dopiero pojawiać delikatne, pastelowe odcienie różu i purpury. Podobnymi odcieniami kończył się także poprzedni dzień, dając nadzieję na piękny świt. Jelenie słyszymy, będąc jeszcze we wsi. Po kilku minutach marszu po piaszczystych dróżkach wchodzimy do lasu. W półmroku pojawia się sporo kształtów, które w połączeniu z odgłosami dochodzącymi z różnych stron, mocno działają na wyobraźnię. Idziemy ścieżką, obok której leżą zwalone pnie, konary i gałęzie. Z prawej strony nagle słychać szelest ściółki i odgłosy deptanych patyków. Po chwili znów otacza nas cisza. Nie trwa jednak długo, bo z oddali dobiegają pierwsze porykiwania kilku byków. I znów szelest przechodzących gdzieś niedaleko zwierząt. Wreszcie je dostrzegamy – to kilka dzików, które daje się wypatrzeć pomiędzy drzewami. Pojawiają się i znikają, co chwila zbiegając do wąwozów, którymi, niczym w Bieszczadach, poprzecinany jest las. Na niebie pojawiają się kolejne pastelowe barwy, a mrok w naszym otoczeniu zaczyna ustępować delikatnemu światłu dnia. Idziemy wolno, ostrożnie stawiając stopy, bo sucha ściółka i drobne gałęzie nie sprzyjają dyskretnemu skradaniu się. Idziemy w stronę klifów opadających aż do wód Delty Świny. Niedaleko klifu pierwszy jeleń! To ostrożna łania, która kontroluje otoczenie, korzystając ze swoich zmysłów. Postawione uszy, duże oczy i delikatnie poruszające się nozdrza, to bardzo skuteczny system wczesnego ostrzegania. W odróżnieniu od dziewczyn, bycze chłopaki nie są tak czujne, bo w czasie godów ostrożność schodzi u nich na dalszy plan. Jeśli odchodzą, to najczęściej idą za oddalającymi się łaniami.
Po chwili widzimy byka, który wraz z ostrożniejszą partnerką powoli schodzi z klifu w stronę wysokiego trzcinowiska, dającego ukrycie i wygodny dostęp do wody. Gdy zwierzęta odchodzą, ruszamy dalej, jednak już po chwili znów stajemy, tym razem zatrzymani przez dzika. Młode zwierzę obchodzi nas prawie dookoła, żeby zaspokoić swoją ciekawość. Przebiega pomiędzy drzewami, pokonuje niewielki wąwóz i wyłania się z drugiej strony. Idziemy dalej, ale to raczej powolny marsz z wieloma przystankami, bo jelenie ciągle ryczą, do tego z kilku różnych stron. Kiedy tylko dostrzegamy ruch, podnosimy aparaty i zastygamy w pozycji dogodnej do obserwacji. Mamy ze sobą aparaty, ale zdjęcia nie są naszym priorytetem, bo mój towarzysz podziela filozofię „kroku w tył”. Pozwalamy zwierzętom spokojnie odchodzić i nawet nie próbujemy wchodzić w zbliżenia, które mogą być dla nich niekomfortowe. Poza tym mamy teleobiektywy, więc i tak uzyskujemy niezłe zbliżenia. Dochodzimy do klifu i w dole, w jednej z płytkich zatoczek niemalże otoczonej przez trzciny widzę kolejnego młodego dzika, który długo gasi pragnienie. Kawałek dalej słyszymy następnego ryczącego jelenia, który dodatkowo mocno hałasuje wśród gałęzi. Wreszcie go dostrzegamy trochę poniżej granicy klifu. Zwierzę napiera porożem na dość grubą poziomą gałąź, która co chwilę mocno się odgina. Kolejny raz oddalamy się cicho i dopiero kilkanaście metrów dalej przykucamy, aby dobrze widzieć byka, jeśli ten zdecyduje się podejść do góry i ruszyć w stronę lasu.
Kiedy na kilka minut zastygamy w bezruchu, nasze uszy z większą uwagą rejestrują głosy drobnych ptaków. Odzywają się różne sikory, kowaliki, dzięcioły, zięby, mysikróliki, pierwiosnek i strzyżyki. Nasze wyczekiwanie to dobry plan, jednak niweczy go kolejna łania, która na krótko pojawia się jako pierwsza, by zaraz zniknąć za górką i odciągnąć od nas nabuzowanego chłopaka. Można głębiej odetchnąć. Kiedy zbieramy się, by ruszyć dalej, w głębi lasu gdzieś z wysoka startuje duży ptak. Pomiędzy drzewami miga ogromna sylwetka dorosłego bielika, który błyskając białym ogonem, skręca łagodnie i wylatuje z lasu nad klifem, wzbijając się wyżej nad wody laguny. Na porośniętych roślinnością błotnistych brzegach delty widzimy łabędzie, kormorany, czaple białe i siwe. Po niebie ciągną rozgadane klucze gęsi. Dochodzimy do punktu zwrotnego, którym jest poległy ze starości pomnikowy dąb. Po krótkim odpoczynku ruszamy w drogę powrotną, jeszcze raz mijamy jelenie, ale teraz już nie reagujemy, a zwierzęta odchodzą nieświadome naszej obecności.
Wracamy nieźle nakręceni, bo nie każda jesienna wyprawa do lasu obfituje w tak wiele bliskich kontaktów ze zwierzętami. Przez ponad dwie godziny można było je widzieć, słyszeć i czuć. W lesie unosił się dość subtelny, tak charakterystyczny dla wielu ssaków, specyficzny zapach z nutą piżma. Do tego gnijące liście drzew i ściółki, mieszające się z bryzą znad laguny, woń trzcin, mokrego błota, no i samej wody.
Już jakiś czas nie wychodziłem w teren o świcie, a ta emocjonalna wyprawa i uczta dla zmysłów pozwoliły mi zresetować głowę, wzbudziła ponownie „wielki zachwyt”, który daje dobre paliwo do następnych działań. Bardzo tego potrzebowałem i ogromnie się cieszę, że miałem okazję znów poczuć się częścią Natury.
Ze specjalnym podziękowaniem dla Artura, który był moim przewodnikiem i kompanem w trakcie tej krótkiej wyprawy.
