Home Czytelnia Polskie grzybobranie – „Narodowe” zawody w braku kultury, chamstwie i ignorancji

Polskie grzybobranie – „Narodowe” zawody w braku kultury, chamstwie i ignorancji

Gorzka refleksja po sezonie grzybowym.

by Michał Stanecki

„Zawsze wjeżdżam i jakoś nigdy nie dostałam mandatu.” „Od lat tu wjeżdżam i nigdy nie było pożaru.” „W nocy padało, nie ma żadnej suszy.” Takie odpowiedzi najczęściej można usłyszeć od grzybiarzy, którzy – mimo obowiązujących zakazów – bez wahania parkują swoje samochody w środku lasu. W ich przekonaniu zakazy są po to, by ignorować je z niewinną miną, bo „przecież chodzi tylko o parę podgrzybków dla rodziny” lub „tak tu było od zawsze”. W ten sposób przez kolejne sezony powtarza się ten sam absurd – tłumaczenie, że las jest dobrem wspólnym, a szacunek dla przyrody powinien być oczywisty, rozbija się o mur codziennej praktyki, z którą nikt nie chce i nie potrafi walczyć.

Sezon grzybowy w Polsce to niemal święto ludowe, wyczekiwane przez setki tysięcy amatorów leśnych skarbów. Grzybobranie to wspaniała tradycja, która łączy pokolenia. To czas spędzany wspólnie na łonie przyrody, przyjemność slow life w praktyce – delektowanie się świeżym powietrzem, ciszą i zapachem wilgotnego runa. Urokliwy poranny spacer, gwar rozmów pod drzewami, leniwe dreptanie po sosnowych dywanach – kto raz tego spróbował, szybko zostaje fanem grzybobrań na długie lata. Poza praktyczną znajomością grzybów, taka forma wypoczynku pozwala ćwiczyć uważność, skupienie, szacunek do przyrody i wyciszenie. Dla wielu rodzin sobotnie wyprawy po grzyby są głęboko zakorzenionym, pokoleniowym rytuałem. To nauka pokory wobec przyrody i zaufania do własnych zmysłów: wzroku, zapachu, intuicji.

Tę magię niestety coraz bardziej rozbija rzeczywistość „grzybowego safari”, w której las staje się mapą dojazdu, a nie miejscem do szacownego odwiedzania. Widzimy już nie pojedyncze osoby z koszykiem, ale całe karawany aut sunących po leśnych duktach – czasem nowe SUV-y, czasem stare kombi wypchane rodzinami, wiaderkami czy koszykami. Kierowcy podjeżdżają, sprawdzają „czy tu już rosną”, po czym jadą  dalej, jeśli zbiory nie spełniają oczekiwań. Ślady po tych manewrach zostają długo po sezonie: rozjechane mchy, rozorane pobocza obok wymijanych szlabanów. Nierzadko znaki zakazu wjazdu (zakazy ruchu) są dla takich grzybiarzy tylko nieistotnym detalem, który można po prostu zignorować. Takie obrazki powtarzają się każdego roku.

Zdjęcia wykonane w ciągu dwóch miesięcy na terenie jednego leśnictwa (podlegającego pod Nadleśnictwo Poddębice)

Warto w tym miejscu podkreślić: pytałem w poprzednim sezonie lokalną Straż Leśną, ile mandatów wystawiła w okresie grzybowym na terenie „mojego” leśnictwa. Odpowiedź była wymowna – ani jednego. Leśnicy w praktyce skupiają się głównie na monitorowaniu wyciętego surowca, który przekłada się na ich dochód. To z drewna i planowej gospodarki mają realny zysk. Co ich obchodzą jakieś auta grzybiarzy śmigające po lesie – skoro nikt im za to nie płaci, a interwencje z mandatem mogą być tylko źródłem pyskówek i leśnych awantur z ignorantami? Legalne zasady określa artykuł 29 ustawy o lasach – poruszanie się pojazdami jest dozwolone tylko na publicznych drogach i tych leśnych, które są wyraźnie oznaczone. Mandat, zgodnie z przepisami, może wynieść nawet kilkaset złotych, w przypadku skierowania sprawy do sądu – nawet do 5000 złotych grzywny. W praktyce jednak wszyscy wiedzą, że „to się nie zdarza”. Formalna groźba istnieje, egzekwowania brakuje.

Choć delegowane patrole leśne od czasu do czasu próbują interweniować, sami grzybiarze traktują je jak niegroźną ciekawostkę. Wiele osób w ogóle nie widzi problemu. Szlabany czy znaki informacyjne i zakazu  nie są przeszkodą. „Przecież innym też wjeżdżają…” – ten mechanizm tłumaczenia napędza masowe łamanie prawa.

Zdjęcia wykonane w ciągu dwóch miesięcy na terenie jednego leśnictwa (podlegającego pod Nadleśnictwo Poddębice)

Jeszcze większym problemem są śmieci – krajobraz, który widzimy po sezonie grzybowym, to obraz całkowitej klęski społecznej edukacji. Lasy po sezonie są zasypane odpadami. Statystyki Lasów Państwowych są druzgocące: każdego roku leśnicy usuwają z terenów zarządzanych przez LP tysiące metrów sześciennych śmieci. Całe ciężarówki załadowane odpadami – od pozostałości po ogniskach, przez puszki i butelki po „energetykach” i alkoholu, plastikowe butelki po wodzie, zużyte chusteczki, puste paczki po wafelkach i chipsach, po zawartości popielniczek samochodowych wysypanych prosto na leśna drogę. Koszt? Miliony złotych rocznie. Te pieniądze, zamiast na ochronę przeciwpożarową, edukację czy ochotnicze sprzątanie lasu, idą na usuwanie śmieci po tych, którzy przyszli „odpocząć na łonie natury”.

Odcinek podcastu poświęcony śmieciom w polskich lasach.

Nie można nie wspomnieć o zachowaniu samych grzybiarzy w lesie. Coraz częściej są to głośne, kilkuosobowe grupy idące szerokim szpalerem, rozmawiające głośno o wynikach zbiorów i wrzeszczące do siebie z daleka. To swoista nagonka przypominająca polowania, której skutki są dewastujące dla zwierząt. Przestraszone sarny, jelenie i zające uciekają daleko od swych ostoi, nierzadko wybiegając wypłoszone na drogi w sąsiedztwie lasów. Hałas to dla leśnych lokatorów jedno z największych zagrożeń. Dodatkowym problemem są psy spuszczane luzem, które mogą płoszyć ptaki i ssaki, a nawet zagrażać rzadkim gatunkom będącym w zasięgu psich łap i zębów.

Moje automatyczne kamery rozstawione w najdzikszych zakątkach lasu wielokrotnie rejestrują sceny, które wymownie pokazują, jak bardzo grzybiarze penetrują nawet najodleglejsze i najbardziej niedostępne  tereny. Tam, gdzie jeszcze żyją ostatnie cenne gatunki, coraz częściej pojawiają się ludzie – nie zachowując się jak goście, lecz jak właściciele. Zostawiają ślady obecności: od zadeptanej ściółki, przez odciski butów, porzucone opakowania po batonach czy butelkach, po nieczystości pozostawione byle gdzie. W efekcie las staje się miejscem coraz mniej przyjaznym dla swoich dzikich mieszkańców.

Ostoja zwierząt. Miejsce, w którym utrzymuje się woda i zwierzęta pojawiają się tam każdego dnia i nocy (co rejestruje kamera). Miejsce regularnie odwiedzane przez grzybiarzy.

Mimo działań edukacyjnych, kampanii i pojedynczych patroli – realna zmiana wydaje się iluzoryczna, dopóki nie zmieni się podejście do sprawczości i odpowiedzialności za miejsce, z którego wszyscy korzystamy. Lasy z roku na rok są coraz bardziej zadeptywane, zaśmiecone i zanieczyszczane, a zaangażowanie (czy raczej jego brak) kluczowych instytucji utrwala przekonanie, że „można wszystko”. Przygotowane przez ekologów raporty nie pozostawiają złudzeń: tylko nieuchronność kary – radykalne mandaty, ustawiczne karanie wykroczeń, skuteczne kontrole i niezależna edukacja ekologiczna mogą zacząć cokolwiek zmieniać w ogólnopolskiej świadomości. Gdy zabieraną z lasu torbę grzybów zestawi się z rozjeżdżonymi drogami i ściółką, a także pozostawianymi śmieciami, trudno mówić o wypoczynku czy aktywności w zgodzie z naturą.

Podsumowanie jest gorzkie, ale konieczne: brak kultury w kontaktach z przyrodą jest nie tylko przejawem naszej obywatelskiej znieczulicy, ale też świadectwem głębokiego kryzysu odpowiedzialności zbiorowej. Lasy nie są własnością ani leśników, ani przypadkowych turystów, ani „zaradnych” grzybiarzy, lecz całych pokoleń – w tym tych kolejnych, które po nas przyjdą. Każdy, kto przychodzi do lasu, by „brać” z niego to, co najlepsze – czy to grzyby, czy wrażenia i piękno – powinien zostawić po sobie ciszę, porządek i szacunek. Chociaż raz – aby pokazać, że jesteśmy w stanie wyjść ponad własną konsumpcyjną krótkowzroczność. Jeśli nie, zostaniemy dla lasu i jego mieszkańców wyłącznie intruzami. Czy naprawdę tak wyobrażamy sobie naszą rolę w świecie? 

Widuję także grzybiarzy, którzy potrafią się przyzwoicie zachowywać, zaparkować auto za szlabanem i podjąć wysiłek związany z przejściem kilkuset metrów w głąb lasu. Są w zdecydowanej mniejszości, ale pokazują innym, że można inaczej –  bez rozjeżdżania lasu, bez wyrzucania śmieci, i generalnie bez tego szaleńczego pędu i ciśnienia. Nieliczni, ale stanowiący elitę, która naprawdę podtrzymuje tę zacną tradycję i rozumie swoją gościnną rolę w lesie.  

 

 

W podcaście „Spotkania z Przyrodą” poruszam tematy ważne dla miłośników przyrody – obserwatorów, fotografów i pasjonatów innych terenowych aktywności związanych z Naturą. Rozmawiam z gośćmi – czasem zawodowcami, czasem amatorami, ale zawsze z zamiłowania przyrodnikami – specjalistami z różnych dziedzin. Jeśli chcesz odpowiedzialnie obcować z Naturą, lepiej ją rozumiejąc, jeśli chcesz być skuteczniejszym obserwatorem i świadomie robić lepsze zdjęcia – to ten podcast jest dla Ciebie. Jeśli poprzez swoje działania chcesz także reprezentować i chronić Przyrodę – to zapraszam Cię do słuchania!

Moją pasją jest podglądanie i doświadczanie NATURY. Jestem zafascynowany Przyrodą, która mnie otacza. Przyrodą, którą od dłuższego czasu podglądam i fotografuję. To już kilkanaście lat takim wyprawom z lornetką i aparatem poświęcam każdą wolną chwilę, działając w miarę możliwości zarówno bardzo lokalnie, jak również wypuszczając się gdzieś dalej. Z biegiem czasu hobby stało się pasją, a ja chcąc zobaczyć kolejne gatunki ptaków i innych zwierząt, czy też odkrywać nowe krajobrazy, zjechałem kawał Polski i Europy, a także zajrzałem do Afryki. Uważam się za dokumentalistę, bo do artystów raczej mi daleko. Fotografia jest przeważnie „tylko” dopełnieniem przeżycia, którego dane mi jest doświadczać podczas obserwowania, obcowania z Naturą.
Michał Stanecki
Łączy nas Przyroda!

You may also like