Po chłodnym dniu z przelotnymi deszczami i śniegiem, wiatr przegonił chmury i na czystym niebie pojawiła się pełna tarcza księżyca. Wracając z krótkiego wypadu nad lokalną rzeczkę, naszła mnie myśl, że może warto wykorzystać pełnię i wyruszyć na nocy spacer po Puszczy …
Ruszamy na lekko. Tylko kompaktowy aparat, mała latarka do kieszeni, cieplejsze ciuchy i uprzęże dla psów. Zmierzch dogasza ostatnie promienie czerwonego słońca. Zostawiamy cichą, z wolna usypiającą wioskę i szutrowa drogą wbijamy się las. Psy, choć zmęczone po wielokilometrowej wędrówce, jaką odbyliśmy tego dnia, ożywiają się wyraźnie i podekscytowane maszerują żwawo w trybie węszenia, z nosami przy ziemi. Widać u nich podniecenie wynikające z intensywności zapachowych tropów, a także zapadającej szarzyzny. Oddalamy się od ostatnich siedzib ludzkich, mijamy ogrodzony młodnik i przenosimy mentalnie do krainy, w której czujemy się najlepiej. Do świątyni Natury, jaką jest dla nas Stara Puszcza. Tu na szczęście nie ma śladów wycinek, a jeśli nawet jakieś były, to stare blizny skutecznie maskuje nowe pokolenie lasu i zapadający mrok. Gdzieś z nieba dobiega przelatujące nad lasem chrapanie. To słonka. Ptak oblatujący swój rewir towarzyszy nam przez kilka minut. Jego sylwetkę widzimy kilka razy na tle granatowego nieba, a charakterystyczny głos wyraźnie odcina się od głośno trelujących śpiewaków, kosów, zięb i pierwiosnków.
Maszerujemy przed siebie. W planie mamy zrobienie kilkukilometrowej pętli. Jest chłodno, można powiedzieć – rześko. Nadciąga kolejny nocny przymrozek. Wraz z zapadającą ciemnością zaczynają milknąć kolejni ptasi śpiewacy. Z lasu dobiegają ciche odgłosy generowane słabymi podmuchami wiatru. Tu coś skrzypi, tam szeleści. Nasze uszy stają się teraz najważniejszymi odbiornikami zewnętrznych bodźców. Wzrok przyzwyczają się do warunków. Księżyc zapewnia wystarczająco dużo światła, aby swobodnie widzieć dróżkę i jej otoczenie.
Nagle z lasu dobiega nas pohukiwanie…
Uszatka odzywa się gdzieś z naszej prawej strony. Stajemy i próbujemy namierzyć kierunek, z jakiego dobiega sowie „huu”. Kilkadziesiąt metrów dalej trafiamy na dość szeroki tryb, który prowadzi właśnie w prawo, dając nam okazję pójść w stronę nawołującego ptaka, a przy okazji zawinąć w zamierzonym kierunku marszu. Gdy zatrzymujemy się posłuchać uszatki, do naszych uszu dobiega inny dźwięk. Ten niesie się ewidentnie z bardzo dużej odległości. Po chwili skupienia nie mamy wątpliwości co słyszymy. To WILKI! Po chwili z przeciwnej stroni lasu, również gdzieś z daleka odpowiada inne wycie. A uszatka nie przestaje. Pohukiwanie nakłada się wycie wilków i przez chwilę trwamy, zawieszeni w tej niesamowitej, wydaje się zupełnie nierealnej rzeczywistości. Księżyc przesuwa się za drzewami. Drzewa wokół nas, ale także my sami, rzucamy cienie. Światło jest specyficzne – niebiesko-srebrne. Delikatne chmurki prześlizgują się w pobliżu dużej, jasne tarczy, dodając dramaturgii jasnemu, nocnemu niebu. Wilki milkną. Uśmiechamy się do siebie, bo oboje wiemy, że był to jeden z tych „specjalnych” momentów, jedna z tych najbardziej wyjątkowych sytuacji, jakie kreuje czasem Natura. Nasza przyrodnicza wrażliwość została połechtana. To uczucie będące mieszanką ekscytacji wynikającej z tego, czego przez chwilę doświadczyliśmy, a także działania adrenaliny, uwalnianej pod wpływem samych okoliczności nocnej wizyty w lesie. Łapiemy kilka głębszych oddechów i wolno ruszamy dalej. Po chwili pozytywne napięcie opada, a my łapiemy radosny spokój. Niespiesznie robimy nasza pętlę i wracamy do śpiącej wioski. Na rozdrożu z mroku nocy wyłania się bardzo stary, mocno nadgryziony puszczańskim zębem czasu krzyż. Dobrze wpisuje się w klimat tego momentu. Podobnie jak ciemna, stara chałupa, którą mijamy. Wiemy, że żyje w niej stara kobieta, która nie ma nawet własnego ujęcia wody. Kobieta wygląda jak leśna wiedźma. Świadomość jej obecności również wpisuje się w szeroką gamę emocjonalnych doznań tej części nocy. Wracamy do siebie. Dokładamy do pieca i jeszcze bardziej zwalniamy obroty. Zmęczone psy układają się spania. Z gorącą herbatą sięgamy jeszcze po książki…
To była przygoda. Dla takich momentów chodzimy po lasach, bagnach, łąkach i stawach. Dla takich chwil warto poświęcać każdą wolną godzinę na wyjście w teren. Takie przeżycia rekompensują nam codzienną troskę o niszczoną i zagrabianą Przyrodę. Takie chwile przywracają wiarę w to, że jeszcze nie wszystko stracone. I wreszcie dają nam poczucie spełnienia i utwierdzają w przekonaniu, że idziemy dobrą drogą …
